Wdzięczny i zaskoczony

Z Prezesem Polskiej Izby Pogrzebowej Witoldem Skrzydlewskim rozmawiamy o wyborach, Targach NecroExpo i Polskim Stowarzyszeniu Pogrzebowym.

Kamila Burniewicz: Tegoroczne targi NecroExpo były udane?

Witold Skrzydlewski: Uważam, że w dobie kryzysu, kiedy każda firma oszczędza pieniądze, targi zdecydowanie można uznać za sukces. Ekspozycje zajęły dużą powierzchnię i – co najważniejsze – targi odwiedziło dużo ludzi. Z tego, co słyszałem, wystawcy podpisali wiele kontraktów. Namówiłem do udziału w NecroExpo pana, który handluje sztucznymi kwiatami i nigdy do tej pory nie wystawiał się na targach. Był zaskoczony tym, jakim zainteresowaniem cieszyło się jego stoisko.

Podczas Targów odbyło się kolejne Walne Zgromadzenie Izby. W tym roku szczególnie ważne, bo wyborcze. Po raz kolejny został Pan Prezesem Izby.

– Jestem wdzięczny wszystkim, że głosowali na mnie, a także zaskoczony, że wybrano mnie jednogłośnie. Myślę, że to świadczy o tym, że pozytywnie oceniono nasze czteroletnie działania. Zobaczymy, co dalej.

 

Są już plany na nową kadencję?

– Mamy wiele ciekawych pomysłów związanych ze szkoleniami. Myślę, że szczegółowo opiszemy to w następnym numerze „Biuletynu”. Chcemy dalej zwiększać liczbę członków. Niektórzy podkreślają, że są członkiem FIAT-IFTA, my też jesteśmy, ale się z tym nie obnosimy, bo to nie jest najważniejsze. Ważne jest to, co robimy dla członków. Ważne, że ta branża się rozwija, ludzie mają coraz ładniejsze zakłady pogrzebowe i coraz ładniejszy sprzęt, mimo kryzysu i obniżenia zasiłku pogrzebowego. Najważniejsze, żebyśmy nie dali się kupić jakiejś zagranicznej firmie. Jest mi przykro, że członkowie Izby nie zawiązali konsorcjum, żeby występować w Warszawie w procesie prywatyzacji MPUK-u. Oby tylko nie spełniło się powiedzenie, że mądry Polak po szkodzie.

 

Co jeszcze chce Pan osiągnąć jako Prezes Polskiej Izby Pogrzebowej?

– Mnie się marzy, żeby to była jedyna organizacja, żebyśmy się skonsolidowali, żeby małe interesiki niektórych ludzi odrzucić na bok. Chciałbym, żeby było czytelne prawo pogrzebowe, które – mam nadzieję – w małej cząstce uda nam się teraz zmienić. Chciałbym, żeby walka konkurencyjna, która jest na rynku, miała bardziej kulturalny przebieg. Teraz jest trochę za ostra. Powinniśmy wszyscy mieć taką refleksję, bo wszyscy mamy na co dzień do czynienia ze śmiercią, że życie jest tak ulotne, że nie warto się kłócić, nie warto ze sobą walczyć – dosłownie i w przenośni – na śmierć i życie. Jesteśmy jak bańka na wodzie.

 

Pana słowa „kto nie jest z nami, jest przeciwko nam” odbiły się szerokim echem.

– Uważam, że musimy dbać o tych, którzy są z nami. Nie możemy dbać o tych, którzy nie są z nami albo wręcz nam szkodzą. My, czyli około pięciuset członków Izby, powinniśmy być jak jedna wielka rodzina i stawać jeden za drugim, jak potrzeba.

 

Jakie jest źródło różnic z Polskim Stowarzyszeniem Pogrzebowym?

– Mam swoje zdanie i jako prezes PIP cały czas reprezentuję pogląd, że miejsce prochów jest w kolumbarium albo w mogile na cmentarzu. I tu się różnimy ze Stowarzyszeniem. Myślę, że inne pomysły są co najmniej niezręczne i to jest główna rzecz, która powoduje napięcia. Mam skórę tak twardą, jak żółw na plecach i mnie żadne artykuły i insynuacje nie ruszają.

 

Wygląda na to, że stosunki ze Stowarzyszeniem są coraz bardziej napięte.

– Niektórzy myślą, że będziemy się spierać, kłócić, wyzywać ze Stowarzyszeniem. To nie jest moim celem. Myślę, że mój list, który został zamieszczony w „Biuletynie”, jest dowodem, że nie mamy takich zamiarów. Jest mi przykro, że w moje usta się wkłada nieprawdziwe słowa. Ktoś zapewne uważa, że dokuczył mi, biorąc przedruk z „Newsweeka”. Myślę, że ci, którzy to zamieszczali, sami marzą o tym, żeby o nich kiedyś tak napisano w takiej gazecie. Ale mogą tylko pomarzyć.